Time to say goodbye

Nadszedł ten czas, trzeba wracać. Już jestem na lotnisku, czekam na swój samolot. Dziewięć tygodni, niby tak długo, a zleciało strasznie szybko. No i stało się, zakochałam się, w tym kraju, kontynencie, ludziach. Moja pierwsza podróż do Afryki dobiega końca, ale na pewno nie jest to moja ostatnia wizyta na tym kontynencie.

Dziękuję Wam, że śledziliście co u mnie i wspieraliście mnie przez cały ten czas.

Szczególne podziękowania dla Fountain Youth Initiative, Michała i Fundacji Usłyszeć Afrykę.

Ale nie byłoby mnie tutaj gdyby nie moja mama. Mamuś dziękuję, że pomogłaś mi spełnić moje marzenie i za to, że zawsze mogę na Ciebie liczyć! Jesteś wspaniała :*

T.I.A. cz.5

Nie mogłam nie dodać postu o matatu!

Matatu to takie małe busy, które kursują miedzy miejscowościami. W środki jest miejsce dla 12 osób, więc zazwyczaj mieści się 20 osób. Istnieje zasada, że matatu nie ruszy dopóki nie będzie pełny, albo nawet przepełniony. W środku zazwyczaj gra muzyka. Przejażdżka tym srodkiem transportu jest jedna z rzeczy, które pamięta się do końca życia, chyba że to życie straci się podczas tej przejażdżki 🙂

Z Githurai do Nairobi jeżdżą większe matatusy. I w nich to jest dopiero klimat! Muzyka jak w klubie i często w zależności który bus się wybierze różny rodzaj muzyki! I różny jest też wystrój, mi się najbardziej podobał ten cały w barwach Manchesteru United! Tych przejażdżek będzie mi brakowało!

No i moje ukochane motocykle. Oj najeździłam się nimi, no i panowie są tacy mili, zawsze chętni do rozmowy i wymiany numerów 😛

T.I.A. cz.4

Do you thank God today?

Kenijczycy są fanami różnych, dziwnych aforyzmów. Głównie są one związane z religią, ale nie tylko. Często można spotkać naklejki z tymi sentencjami w matatu, na motocyklach, w sklepach i wielu innych miejscach. Było to dla mnie nie lada zaskoczenie, ale bardzo mi się to podobało! Poniżej zdjęcia kilku, które udało mi się uchwycić.

„When you don’t have equality in bed, you don’t have equality in bank.”  To jest akurat cytat księdza. Przyznacie, ze zabawny, mi sie bardzo spodobał!

T.I.A. cz.3

Jedzenie!

Temat nie będzie długi. Cóż tu dużo mówić, za jedzeniem nie będę tęskniła. No może za chapati i owocami. Tak więc co jadłam, przez ostatnie 2 miesiące.

Śniadanie – najważniejszy posiłek w ciągu dnia!. Herbata po kenijsku, czyli herbata z mlekiem, a właściwie mleko z herbatą. W kolorze jest prawie białe, nie za bardzo czuć smak herbaty, ale kiedy ją posłodziłam udało mi się wydobyć głębię bezsmaku! W spadku po Em dostałam kawę i teraz pijam kawę parzona w tej herbacie, to jest dopiero połączenie 😀 Do tego mandazi, czyli coś na kształt naszych pączków, tylko  mniej słodkie. Mogą być okrągłe, kwadratowe i trójkątne, raczej płaskie. Jeżeli nie było to mandazi, to dostawałam zwykły chleb tostowy posmarowany masłem, albo dżemem (pomarańczowy niestety nie podbił mojego podniebienia). Ostatnio w repertuarze mam również ciastka, bardzo sycące. Dostaję 4, zjadam jedno.

Obiad i kolacja. Baza to ziemniaki, ryż, makaron, ugali lub chapati. I to by było na tyle… W galerii macie wszystkie moje potrawy i zapewniam was nie ma tego tak dużo. Z inności to pisałam już na początku o ugali. Trochę się do tego przekonałam, jeden kawałek jest ok i nawet to zielone coś mogę spróbować ;P Ziemniaki z bananami, bez szału… Bardzo zapychające i jak dla mnie zdecydowanie za suche. Absolutną miłością zapałałam do chapati! Najlepsze jest to, że są to okrągłe cienkie placuszki, które pochodzą z Indii… Bardzo dobre, szczególnie z fasolą. Ja często kupowałam jedno i jadłam bez niczego! Serwowane są na ciepło, zimne ciągle są dobre w smaku, ale robią się bardzo twarde. Z mięsa postanowiłam zrezygnować, z przyczyn opisanych w części o zwierzętach. No to teraz co było dodatkiem do bazy. Czasami niestety była to kombinacja w stylu ryż + ziemniaki, ale generalnie najbardziej popularne są fasola lub kapusta. Często dostawałam jajko na twardo lub smażone w głębokim tłuszczu. W ogóle wszystko tutaj jest smażone w głębokim tłuszczu. Bardzo rzadko, ale jednak dostawałam świeże pomidory z cebulką, najczęściej zdarzało się to przy okazji frytek.

Inne. W ramach dodatku do powyższych dań od czasu do czasu dostawałam owoce. Najczęściej banany, potem pomarańcze i ananasy. Owoce są pycha! Szczególnie ananasy, niebo w gębie!!! Sama kilka razy kupiłam sobie jakieś ciekawe owoce, których nazw nie znam 😛 Były okey, ale nie da się tego porównać z ananasem. Nowe napoje, jakie miałam okazję spróbować. Otóż fanta ananasowa, nie będe się rozpisywała, kupiłam tylko raz. Krest napój o smaku limonki, bardzo orzeźwiający! Stoney bezalkoholowe piwo o smaku imbirowym. Piwem zdecydowanie bym tego nie nazwała, ale jako oranżada sprawdza się doskonale, a ponieważ uwielbiam imbir, to pysznie było 😛 Wino o smaku pomarańczowym! Najlepsze jest to, że już je kupując wiedziałam, że będzie tragiczne, ale jak to ja, co tam muszę spróbować. Porównałabym to do naszego taniego wina, tak samo nie miało smaku, a już na pewno nie pomarańczy, było słodkie i blee. Wypiłam, w końcu alkoholu nie marnuję 😀 I ostatnia rzecz, czyli trzcina cukrowa! Jak można było się spodziewać baaaardzo słodka, ale fajnie się ją ciumkało.

Ostatni tydzień

Stało się… Ostatni tydzień mojego pobytu w Kenii, czas zacząć.

Od dzisiaj jestem też sama, w pokoju. Em wyruszyła w dalsze wojaże po świecie, hmm niemniej fajnie, że była ze mną przez te 3 tygodnie. Świetnie się z nią bawiłam.

A oto moje plany. przede wszystkim muszę napisać raport końcowy i już się głowię, co w nim ująć i przede wszystkim jak 😉 W sobotę szoping po Nairobi, a konkretnie zakup pamiątek. Tydzień temu znalazłyśmy z Em Masai Market pod gołym niebem. Dużo ciekawych rzeczy można tam znaleźć. Mam nadzieję, że w niedzielę uda mi się w końcu pójść do największego lokalnego kościoła – Kimbo Pefa Church (zdjęcie kościoła, zamieściłam w poście o spacerze po okolicy). W poniedziałek mamy spotkanie z organizacją LIVINGGOODS, w sprawie ewentualnej współpracy. I ostatnie kilka dni, no cóż powolne pakowanie i zbieranie ostatnich wspomnień…

Inuka Back to School

photo (14)b

Jest to jeden z projektów Fountain Youth Initiative, w ramach którego fundacja pomaga zapewnić najbiedniejszym dzieciom przybory szkolne. W sierpniu dzięki pomocy ze strony mojej cioci Aliny Piekarz oraz jej firmy Zomech i Zomtech, zakupiliśmy przybory szkolne dla 107 uczniów ze Szkoły Podstawowej Kimbo. W ramach pakietu, który otrzymywały dzieciaki, było 5 zeszytów, dwa ołówki, dwie gumki i temperówka.

W piątek razem z Em pakowałyśmy wszystko i podpisywałyśmy imieniem i nazwiskiem dziecka oraz klasą do jakiej uczęszcza. Zajęło nam to jakieś 3 godziny, dzięki sprawnej organizacji i miłemu podkładowi muzycznemu!

Dzisiaj odbyła się dystrybucja przyborów szkolnych. Całkiem sprawnie nam poszło. Dzieci były grzeczne i zdyscyplinowane. Nie otworzyły pakietów, aż do ostatniego grupowego zdjęcia! Uśmiech na twarzach tych dzieci to najlepszy prezent jaki mogłam sobie zażyczyć na koniec mojego pobytu w Githurai.

Poniżej kilka zdjęć z piątku i dzisiaj! Enjoy 🙂

Dom Dziecka

Przez ostatnie dwa tygodnie razem z Emmeliną chodziłyśmy do Domu Dziecka. Dzieciaki miały w tym czasie przerwę semestralną, więc popołudniami starałyśmy się zapewnić im jakieś rozrywki, tak żeby za bardzo się nie nudziły. Na początku wszyscy byliśmy trochę onieśmieleni, zarówno podopieczni jak i my. Jak się zachowywać, jak nawiązać z nimi kontakt, czy będą chętne do zabawy czy raczej zamknięte. Jak się szybko okazało niepotrzebnie się stresowałam. Wszystkie dzieci okazały się bardzo otwarte, uśmiechnięte i chętne do interakcji!

A jakie atrakcje dla nich przygotowaliśmy? Zaczęliśmy od zabaw, bo wtedy najłatwiej o rozluźnienie atmosfery, no i jest dużo śmiechu! Bawiliśmy się w „muzyczne krzesła” i inne zabawy w kółku, głównie polegające na ganianiu się. Taniec to jest to co nasze „tygryski” lubią najbardziej, zarówno dziewczynki jak i chłopcy! Zaczynaliśmy od muzyki Gospel, bo jak usłyszałyśmy tylko taka wchodziła w grę! Z czasem okazało się, że inne rodzaje muzyki też są fajne, nawet jazz 😀 Dzięki Josephatowi mogłyśmy również urządzić dzieciom małą bibliotekę. Czytanie angielskich książek okazało się również bardzo lubianą czynnością. Większość bardzo ładnie czyta. Jednego popołudnia urządziłyśmy dzieciakom popołudnie kolorowania. Wydrukowałyśmy kolorowanki, przyniosłyśmy kredki i flamastry i razem z dzieciakami kolorowaliśmy! Najbardziej podobała mi się Joyce, na oko jakieś 5, 6 lat. Za każdym razem podbiegała do mnie i krzyczała „ticzia”, skrót od teacher. Pytała jakim kolorem ma pomalować poszczególne części swojego obrazka. Wyszło nam niezłe dzieło sztuki 😛

Tuż obok domu dziecka, dzieci razem z Panem Kucharzem przygotowują lokalne smakołyki i sprzedają je, aby potem móc zapewnić dzieciom najpotrzebniejsze rzeczy. Codziennie dostawałyśmy jakieś pyszności, między innymi mandazi, chapati, czipsy i inne. W tamtym tygodniu poprosiłyśmy o lekcję gotowania. A konkretnie chciałyśmy się nauczyć robić chapati! Oj zabawy było co niemiara! Szczególnie ciężkie okazało się rozwałkowywanie ciasta na ładne okręgi. Później dostałyśmy wałówkę na kolację. Hmmm pyszności!!!

Podsumowując. Nigdy nie przepadałam za dziećmi, ale teraz powoli zmieniam zdanie 😉 Było to świetne doświadczenie, dużo się nauczyłam!

T.I.A. cz.2

Okoliczne zwierzęta, czyli co spotykam na ulicy!

Najbardziej popularne i najczęściej spotykane przeze mnie zwierzęta to kozy. Kóz w Kenii jest bardzo dużo. Chodzą sobie swobodnie po ulicy, jedzą co popadnie i są niemal na równi z mieszkańcami (tak powiedział mi jeden z lokalsów).

Krowy! Krowy są również popularne. Najczęściej spotykam je na wysypisku śmieci, które mijam po drodze do pracy. Grzebią tam sobie w tych śmieciach w poszukiwaniu jedzenia. Nie dziwcie się zieleni nie ma za dużo, a te krowy są i tak przerażająco chude. Po tym jak zobaczyłam co one jedzą, postanowiłam nie spożywać tutaj mięsa…

Owce. Rzadziej spotykane, ale jednak! tez błąkają się po okolicy.

Drób. Kury, kaczki, gęsi. Swobodnie spacerują sobie kaczki i gęsi. Kury widuję zazwyczaj w klatkach przy drodze do Githurai, gdzie na miejscu są zabijane i przygotowywane do sprzedaży – kolejny powód zrezygnowania z mięsa.

Mamy też  jednego wielbłąda! Jest on atrakcją dzieciaków, które bardzo chętnie na nim jeżdżą i mają duuuużo zabawy. Ja osobiście bym na niego nie wsiadła, ale może dlatego, że wyglądał bardzo smutnie. Och i osiołki! Najczęściej wykorzystywane są jako siła robocza. Tak jak ten wielbłąd nie wyglądają za wesoło, no ale cóż taki ich los.

Psy i koty nie są tak popularne jak u nas, ale jednak da się je spotkać. Głównie są to bezpańskie zwierzaki, bardzo wychudzone. Na początku usłyszałam, że Afrykańczycy boją się kotów, ale po dwóch miesiącach mojego pobytu tutaj zaprzeczam tym doniesieniom!

Ptaki i to bardzo duża różnorodność! Większości z nich nigdy wcześniej nie widziałam, znajome są tylko takie małe podobne do wróbli. Najciekawsze są natomiast te, które również spotykam po drodze do pracy. Skoro już piszę o wysypisku, to kilka razy widziałam, też na nim szczury…. A raz w moim pokoju spotkałam mysz. Nie boję się myszy, ale jak tą spotkałam, to piszczałam jak dziewczynka 😉 Po przyjeździe z safari otwieram swoją walizkę, a tam wkoło biega ta biedna myszka! Skubana wystraszyła mnie niemiłosiernie!

Co ciekawego mieszka jeszcze ze mną w pokoju… Gekon, taki malutki, jakieś 3 cm ma. Śmiga sobie po ścianie i pewnie tez mieszka w listwie przy syficie. Od czasu do czasu wpadają również ogromne karaluchy. Ostatnio miałyśmy z Em polowanie na jednego zakończone sukcesem 😛

Chińskie klimaty

Ostatnie dwa dni upłynęły pod znakiem złotej gwiazdy na czerwonym tle. Chińczycy wyjeżdżają w środę, więc w poniedziałek mieliśmy prezentację o ich kraju, a dzisiaj pożegnalną kolację.

P1010020Prezentacja o Chinach mnie wstrząsnęła! Najpierw trochę suchych informacji, coś o komunizmie. Skoro o komunizmie no to oczywiście musiałam spytać, co oni o tym sądzą. W odpowiedzi usłyszałam, że jest to wspaniały ustrój i tylko dzięki niemu teraz się tak dobrze żyje w Chinach! Myślę okey zapowiada się ciekawie… Potem znowu o Chinach i kolejne WTF. Otóż od swoich chińskich znajomych dowiedziałam się, że Dalai Lama był tyranem i to dzięki pomocy ze strony Chin, Tybet jest teraz wolny od terroru i ludziom tam żyje się wspaniale. Rodowici Tybetańczycy nie chcą wcale mieć niezależnego państwa, bo obecnie jest idealnie. Moja mina w tym momencie, podobno, była śmieszna. Ale nie chciałam się z nimi kłócić i przemilczałam te rewelacje. Na koniec puścili nam 20 minutowy filmik propagandowy jakie to w Chinach jest wszystko wspaniałe, masakra!!! Wstrząsnęło mną, że młodzi ludzie, studenci, podróżujący po świecie, mają takie klapki na oczach. To oznacza, że ustrój funkcjonuje prawidłowo!

We wtorek po południu wybraliśmy się na spacer do Kahawa na kolację orientalną. Pauliny przygotowały pierogi z kapustą i grzybami, czyli danie z kuchni polskiej. Eny przygotowała pyszny makaron i chapati, czyli kuchnia indonezyjska. Oliver i Rebecca przygotowali ryż, brokuły, szpinak i pomidory po chińsku. Uczta była pierwsza klasa. Wszystko wspaniale smakowało szczególnie z czerwonym winem! Bawiliśmy się świetnie, szkoda, że krótko. Niestety brama naszego domu zamyka się o 9, więc nie można przeginać ze spóźnianiem się.

 

Nakuru Lake National Park

W niedzielę razem z Paulinami z Polski postanowiłam się wybrać do Parku Narodowego Jeziora Nakuru.

Każdy dzień, który zaczynam do przejażdżki motocyklem jest ciekawy! Szybka jazda do Githurai za jedyne 50 KES, potem do Nairobi na miejsca zbiórki, czyli pod Hiltonem! Dziewczyny się chwilę spóźniły i jak tylko mnie zobaczyły zapytały czy możemy iść na kawę. Tutaj dobrej kawy się nie odmawia, więc rozkoszowałam się podwójnym Latte w bardzo sympatycznej kawiarni. Spacerkiem ruszyłyśmy w poszukiwaniu matatu do Nakuru. Hmm, o tu jakiś jest i za 350 KES, to taniej niż Josephat nam mówił, dobra jedziemy! No ale spokojnie, matatu nie ruszy dopóki nie będzie pełny, więc jeszcze chwilę poczekałyśmy. W końcu się udało, 10:35 wyruszyliśmy z Nairobi. Tylko 3 godziny drogi i jesteśmy w Nakuru. Pora na lunch i chwilę odpoczynku w chińskiej restauracji. Ale co teraz? Jak się dostać do parku? Jak zwykle miejscowi nie zawiedli. Tuk tuk zawiózł nas pod samą bramę parku.

A tutaj niespodzianki, okazuje się, że w tym momencie nie mają samochodów do przejażdżki po parku. No i oczywiście zniżka studencka obowiązuje tylko grupy… Na szczęście miejscowi znowu przyszli nam z pomocą i udało nam się załatwić taksówkę. Takie rzeczy, taksówką zwiedzałyśmy Park Narodowy! Oczywiście zapłaciłyśmy za całą tą wyprawę słono, bo wstęp dla obcokrajowców 80 $, musiałyśmy zapłacić za taksówkarza, samochód i całą przejażdżkę. No nic, przyjechałyśmy zobaczyć flamingi i nosorożce, to je zobaczymy!

Zaczęło się od stada bawołów, w przeciwieństwie do Masai Mara, tutaj było ich bardzo dużo. Po około pół godzinie udało nam się dostrzec dwa nosorożce powoli zbliżające się do wodopoju. Niestety jeden stwierdził, że nie ma ochoty na zdjęcia i powędrował w przeciwną stronę, ale drugi był bardziej towarzyski i podszedł w miarę blisko! Specjalnie dla Pana Jasia, przekazuję, że życzenie spełnione! ;P Po następnych kilkunastu minutach zobaczyłyśmy flamingi! Piękne, różowe, ale tłumów nie było. Ciociu zdjęcia ze specjalna dedykacja dla Ciebie! Trochę się rozczarowałam, bo spodziewałam się dużej liczby tych ptaków, ale niestety akurat trafiłyśmy na okres, gdzie ptaki sobie gdzieś odfrunęły. Kilkanaście było, zdrowych, stojących na jednej nodze (Basiu pamiętasz mądrości życiowe z Wrocławia?) i pięknie pozujących do zdjęć, choć z oddali. Nie udało nam się złapać flaminga w locie, ale uwierzcie na słowo, wspaniały widok! Następny punkt wycieczki, taras widokowy, a na nim pełno małp. Chodzą między ludźmi i wcale się nie boją. Jedna nawet weszła jakiejś grupie turystów do vana i ukradła jedzenie. Po całej sesji zdjęciowej ruszyliśmy dalej. Prawie udało nam się zobaczyć lamparta, prawie, bo też nie miał ochoty na zdjęcia i się schował w buszu. Cały park wygląda inaczej niż safari, klimat bardziej jak w dżungli. Nie było aż tak dużo zwierząt, ale widoki przyjemne dla oka.

Po 18 opuściliśmy teren parku i nasz taksi drajwer odwiózł nas na matatu. Było juz ciemno jak ruszyłyśmy w podróż powrotną do Nairobi. Kierowca matatu nie należał do najrozsądniejszych, ale na szczęście dowiózł nas cało i szybko do Nairobi. Po drodze mogłam obserwować gwiazdy i piękny widok na Dolinę Ryftową nocą. W Nairobi byłyśmy o 21:30. Na szczęście Pauliny mają znajomości i zostałam odwieziona pod same drzwi, bardzo wygodnym subaru w towarzystwie sympatycznych kolegów 😀 Martwiłam się, że zamkną mi bramę, ale udało mi się trafić na moment, w którym ktoś wychodził do sklepu. I tak po całym długim i męczącym dniu o 22:30 dotarłam do swojego pokoju.